niedziela, 22 lipca 2012

Kilka słów o... Lubartowie, czyli kto ma ochotę na bajeczkę?

Dziś coś dla miłośników zieleni i przyrody wszelakiej. Na robótki nadal mi trochę czasu, a raczej zapału, nie starcza, więc postanowiłam zaprezentować dziś coś zupełnie innego...
Lubartów to nieduże miasto położone na wschodzie kraju, niedaleko Lublina. Lubartów ma park. Ogromny park, znajdujący się za pałacem. W pałacu mieści się niestety urząd i tylko z zewnątrz zachował swą pałacową urodę, jednak wystarczy wejść przez wielką bramę prowadzącą do parku, by cofnąć się w czasie o kilkaset lat...
Brama prowadzi na szeroką aleję. Wokół rosną ogromne, stare drzewa. Słychać tylko szum wiatru i śpiew ptaków.


Wystarczy jednak zboczyć trochę z głównej alei aby znaleźć się w innym świecie...
Świecie krętych alejek, róż, żywopłotów...
 

Świecie rzeźb...


i kamiennych fontann...


Wprost czuje się atmosferę "tamtych" czasów. Ma się wrażenie, że gdy zajrzy się za żywopłot, spotka się kobietę w długiej sukni, z parasolem chroniącym jej blade lica przed promieniami słonecznymi, siedzącą na kamiennej ławeczce, pogrążoną w lekturze tomika wierszy modnego francuskiego poety...
Gdy podążymy krętymi alejkami wgłąb parku dojdziemy do stawu.


Staw jest duży, z wysepką, a po jego powierzchni wdzięcznie pływają kaczki.


Oczywiście park ma również innych mieszkańców.


Gdzieniegdzie  można napotkać również resztki starych budowli pałacowych.


Park jest piękny... od niedawna. Wcześniej brudny i pełny "meneli" dziś jest prawdziwą atrakcją miasta. I chociaż nadal można napotkać w nim jakiegoś "wczorajszego" spacerowicza lub miłośnika spożycia na świeżym powietrzu, to i tak wart jest zobaczenia.
Miłośnicy wycieczek rowerowych również znajdą coś dla siebie...

niedziela, 8 lipca 2012

Znów etui + bonus

Dziś kolejny upalny dzień. Nic mi się nie chce... Chciałam się pochwalić nowym etui (ciągle próbuję możliwości mojej Zofii):



To taka bardziej sakiewka, która niekoniecznie musi służyć na telefon.
I teraz bonus na dziś:
Papierowa żyrafa:


Produkcja oczywiście własna :)

niedziela, 1 lipca 2012

Kot na klamkę czyli debiut z Zofią

Kupiłam wreszcie maszynę do szycia! I to nie byle jaką: produkcja rodzima o imieniu Zofia. Wczoraj zapoznawałyśmy się z Zosią. Powoli sprawdzałam jej możliwości. A gdy już się trochę poznałyśmy przyszła kolej na konkrety. Uszyłam to o czym myślałam już od dawna: kota rasy naklamkowej:


Jak na pierwszy raz z maszyną stwierdzam że nie wyszedł źle. Wisi teraz na drzwiach mojego pokoju i obserwuje wszystko swymi wielkimi, szarymi oczami. Mam w planach jeszcze kota rasy podkarkowej i lalkę Sally. Ale Sally to już wyższa szkoła jazdy i dalsza perspektywa.